czwartek, 18 sierpnia 2016

Słomiany zapał rujnuje moje cele!

     Jestem chora na ... słomiany zapał. Nawet nie chce mi się myśleć ile fajnych pomysłów zaprzepaściłam odpuszczając sobie przy pierwszej możliwej przeszkodzie. Schemat jest podobny - kilka pomysłów na raz, silna motywacja, energia na sto procent, która z czasem ulatniała się i kończyło się JAK ZAWSZE :|. Dlaczego jedni chcą i osiągają, inni nie chcą i też osiągają (nieliczni) a inni chcą i nie osiągają? (większość) W czym tkwi problem? Po prostu są osoby, które wiedzą CO chcą osiągnąć, wiedzą JAK to zrobić i są w stanie zrobić wiele, żeby zrealizować swój cel. Niestety, ja należę do tych osób, dla których często działanie kończy się na chęci. 
      W dzisiejszym poście chciałabym przedstawić mój problem i sposoby na ujarzmienie słomianego zapału.



1. Skupiam się na jednej rzeczy. 

     Siostrą mojego słomianego zapału jest skłonność do łapania kilku srok za ogon. Mieszanka wybuchu entuzjazmu i motywacji z chęcią realizowania kilku pomysłów naraz prowadzi mnie do totalnego wyczerpania, nie rozpocząwszy jeszcze niczego :) Zainspiruje się kilkoma osobami, przykładowo jedna osoba świetnie opanowała język obcy - też tak chcę!, kolejna w ciągu miesiąca przeczytała cały stos książek - też tak chcę!, jeszcze inna gotuje przepyszne potrawy - już zabieram się do nauki gotowania!, koleżanka zdrowo się odżywia, regularnie ćwiczy i ma zgrabną sylwetkę - od jutra zaczynam! ...i tak dalej. Nie pomyślę, że każda z tych osób "specjalizuje" się w jednej rzeczy i odnosi w jej zakresie małe lub większe sukcesy. A ja biedaczka już od rana mam mętlik w głowie od czego zacząć, zaś wieczorem wyrzuty sumienia, że właściwie nic nie zrobiłam, choć lista rzeczy do zrobienia była imponująca.

     Postanowiłam z tym skończyć. Zdałam sobie sprawę, że robiąc wszystko, nie robię nic. Ustaliłam priorytety i skupiłam się na ich konsekwentnej realizacji. Dzięki temu ucząc się angielskiego nie myślałam o tym, że muszę poćwiczyć, zaś ćwicząc nie rozpraszałam się jeszcze innymi czynnościami koniecznymi do zrobienia.

     Ponadto spisałam sobie listę rzeczy (wiecznie) czekających na realizacje. Umieściłam w nich pomysły mniej absorbujące czasowo (w porównaniu z np. nauką angielskiego), niemniej jednak wymagające wysiłku i determinacji. Następnie po kolei, nie śpiesząc się, odhaczałam kolejne rzeczy z tej listy poświęcając odpowiednią ilość czasu. Mówi się, że potrzeba około miesiąca aby wykształcić w sobie nowy nawyk. Idąc tym tropem przez kolejne 30 dni poświęcałam całą swoją uwagę na wykształceniu nawyku picia wody. Mam czasem takie zapędy, że pomysł picia wody nagle przeradza się w wprowadzenie zdrowego stylu życia od zaraz (i wiece jak to się kończy..? :D). Staram się teraz hamować i dopiero gdy zdam "egzamin" trzydziestodniowego wyzwania np. pica wody przechodzę do powiedzmy picia koktajli.

2.  Wytrwałość i samodyscyplina zaprowadzą mnie dalej niż motywacja. 


     Jako reprezantant słomianych zapaleńców przyznaję, że mój entuzjazm do nowych rzeczy gaśnie wraz z wyparowaniem motywacji. Szczególnie w przypadku celów długoterminowych sama w sobie chęć do działania gaśnie, a w obliczu pierwszych problemów i potknięć na pierwszy plan wychodzi wytrwałość i samodyscyplina - i tu pojawia się problem! Często jest tak, że chcenie zamienia się u mnie w zmuszenie. Przykładowo chcę swobodnie komunikować się w innym języku, już oczyma wyobraźni widzę jak swobodnie rozmawiam w innym państwie, jak rozumiem zagraniczny film bez napisów ...ahhh... Jednym słowiem jest ogień do działania. Lecz żeby to osiągnąć powinnam przez pewien czas (kilka miesięcy a nawet lat) mówiąc dość ogólnie - zasiadać do książek, oglądać filmy z których nic nie rozumiem, codziennie uczyć się nowych słówek, dukać pojedyncze zdania zamiast swobodnie rozmawiać (tak jak to sobie wyobrażałam). Nie widząc szybkich efektów, szybko się zniechęcam. Zapominam o regularności, wytrwałości i samokontroli (szczególnie wobec postanowień, których realizacji wymagam od siebie tylko JA), odkładam moje plany na kolejny dzień i daję się skusić drobnym przyjemnościom. 

     Umówiłam się z sobą, że przez pewien okres przykładowo przez miesiąc lub dwa nie dyskutuję ze sobą,  realizuje swój plan niczym robot i jeśli po upływie tego czasu, nie odkryję w danej czynności radości i nadal będę szukać wymówek - odpuszczam. 










3. Metoda małych kroków. 


      W momencie eksplozji entuzjazmu, mam ochotę nagle zrobić wszystko i jeszcze więcej. Jeśli zapale się do aktywności fizycznej to odrazu siedem dni w tygodniu, nauka angielskiego pff... sto słówek dziennie to za mało najlepiej z tysiąc, czytanie więcej książek - najlepiej po książce na dzień. Totalny szał i brak rozumu! Staram się myśleć realnie, robić wszystko po kolei, małymi krokami iść do przodu. Naprawdę lepiej bym wyszła, gdybym uczyła się dziesięciu słówek dziennie, co daje mi siedemdziesiąt nowych słów tygodniowo niż cały słownik naraz ... :P

4. Mądre pozytywne myślenie. 


   Wiele poradników mówi, żeby afirmować sobie różne myśli, głęboko wierzyć i napewno dostaniemy to co chcemy. No sorry Batory, ale gdybym była gruba i miałabym mówić do lustra "jestem piękna" to prędzej rozbiłabym lustro niż w to uwierzyła. Owszem, takie bierne pozytywne myślenie typu "będzie dobrze", "wszystko się ułoży" sprawdza się szczególnie w sytuacjach, na które nie mamy wpływu. Myśląc w ten sposób, czuję się lekko podniesiona na duchu. Ponadto afirmowanie sobie sukcesów jest skuteczne pod tym względem, że pamiętam do czego dążę i pozwala wrócić na właściwą drogę w ciężkich momentach.

     Jest jeszcze coś takiego jak aktywne pozytywne myślenie, polegające na tym, że wyobrażam sobie drogę wiodącą mnie do celu. Widzę jak codziennie zasiadam do nauki albo wstaję rano i wypijam ciepłą szklankę wody. Myślę o tym, że jestem w stanie osiągnąć wymarzony cel i wiem, że muszę w to włożyć wysiłek. Wyobrażam sobie jak krok po kroku osiągam swój cel. Dzięki takiemu myśleniu łatwiej mi jest stworzyć sobie plan działania.  Zdaję sobie sprawę z konieczności faktycznego poświęcenia się celowi w myśl przysłowia "bez pracy nie ma kołaczy".

5. Uwierzenie w siebie.


   Właściwie ten punkt powinien być na pierwszym miejscu u mnie. Przez te wszystkie lata odpuszczania sobie, odkładania na później straciłam wiarę, że coś mogę doprowadzić do końca. Naprawdę, nawet teraz jak się do czegoś zapalę, to trochę z dystansem oceniam swoje możliwości. Gdzieś tam w głowie mi huczy - "to tylko kwestia czasu jak sobie odpuszczę". Wiara w siebie to podstawa. Trzeba ufać sobie i mimo wszystko wierzyć, że tym razem się uda. Kto da radę jak nie ja? :)


6. Zaleta słomianego zapału.


     Na jednym z blogów znalazłam ciekawe porównanie osób z słomianym zapałem do mustanga w galopie z wiatrem w grzywie. Bez wątpienia zaletą tej okropnej cechy jest bycie kreatywnym, kipiącym pomysłami, chęć (a wręcz) potrzeba zmian i ciągłego rozwoju. Taką osobę w pierwszej fazie eksplozji można ocenić jako ambitną, mającą w sobie dużo energii i zaangażowania. Trzeba tylko okiełznać swoją łapczywość do nowych pomysłów i pozwolić sobie skupić się na jednym celu, choćby na pewien czas. Tak jak koń, który ma klapki na oczach, odcina się od wszelkich bodźców i robi swoją robotę.
  



A Wy macie problem z słomianym zapałem?

Pozdrawiam gorąco!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz także:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...